W
PraPełni byłam drugi raz.
Część
mnie otworzyła się na magiczny nastrój tego miejsca. Jednak ta druga część:
racjonalna, ostrożna, nieufna, siedziała mi na ramieniu, zachęcając do
zrobienia półobrotu i przejścia przez drzwi w przeciwnym kierunku. Nikt nie
mógł przecież dać mi gwarancji, że nie trafiłam do siedliska szaleńców albo
„duchowych” uzurpatorów. Myśli, starannie wyhodowane na mądrych książkach,
wciąż krążyły wokół słowa: sekta.
A
potem usłyszałam głos Justyny i jej śmiech. Były prawdziwe, dotykalne,
namacalne, rezonowały z czymś, co mam w środku. Zobaczyłam wokół siebie
odprężone, pełne oczekiwania twarze innych kobiet, stałych bywalczyń
cotygodniowych spotkań ze Zwierzakami. Zaufałam, zanim zdałam sobie z tego
sprawę.
